News! 18.12.2015

My także byliśmy kiedyś uchodźcami

Zapomniani bohaterowie - Jam Saheb Digvijay Sinhji „Babu”. Historia Polskich sierot w okresie II Wojny Światowej, które trafiły na dwór maharadży w Indiach.

 

Po zajęciu Polski przez Niemców i Związek Radziecki, dziesiątki tysięcy rodzin trafiło przymusowo na wschód. Wiele dzieci zmarło, wielu zmarli rodzice lub odebrano wyrwano rodzinom zsyłanym na Syberię – do pracy. Te, które przetrwały nieludzkie warunki transportu w bydlęcych wagonach, gehennę obozów przejściowych oraz niedobór żywności skierowano do radzieckich sierocińców.

 

Dietskie domy

Placówki niepokojąco przypominające obiekty więzienne, z więziennymi zwyczajami, podziałami i rytuałami, stały się miejscem śmierci kolejnej grupy dzieci. Te, którym udało się przeżyć, każdego dnia doświadczały przemocy zarówno fizycznej jak i psychicznej. Prawo silniejszego i codzienna „musztra” stała się ich codziennością.

 

Pakt Sikorski – Majski
Pakt pomiędzy Władysławem Sikorskim a Iwanem Majskim, przywrócił kontakty dyplomatyczne pomiędzy Rządem RP a Związkiem Radzieckim. Umowa podpisana w lipcu 1941 regulowała status obywateli Polskich przebywających w Związku Radzieckim. Na podstawie umowy dwustronnej polscy jeńcy stworzyć mieli armię pod dowództwem Władysława Andersa. Armia po sformowaniu wraz z uchodźcami ruszyła długą podróż przez bliski wschód – Syrię. To tu narodziła się niezwykła legenda niedźwiedzia Wojtka – wyjątkowego polskiego żołnierza. (Pisaliśmy o tym tutaj).

Stalin Polskie dzieci trzymał jeszcze ponad pół roku. Wypuścił je dopiero w wigilię 24.12.1941 r. chociaż z pewnością nie był to zamierzony prezent gwiazdkowy. W Aszchabadzie, tuż przy granicy z Iranem, zorganizowano polski sierociniec, do którego trafiały dzieci z całego Związku Radzieckiego. Olbrzymią rolę w jego utworzeniu odegrała słynna przedwojenna piosenkarka Hanka Ordonówna i jej mąż hrabia Michał Tyszkiewicz.  Ordonówna wraz z innymi wolontariuszami przemierzyła cały Związek Radziecki w poszukiwaniu małych rodaków.

 

Baśń z 1001 nocy
O sytuacji polskich dzieci dowiedział się maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji, następca księstwa Navanagar (Dobra Ziemia) w zachodnich Indiach. Macharadża odebrał wykształcenie w Europie, przewodniczący Rady Książąt Indyjskich oraz jeden z dwóch hinduskich delegatów w gabinecie wojennym Wielkiej Brytanii, gdzie poznał generała Sikorskiego. Jego związki z Polską zaczęły się jednak znacznie wcześniej. W latach 20. mieszkał z ojcem w Szwajcarii, gdzie obydwaj bardzo zaprzyjaźnili się ze swoim sąsiadem - Ignacym Paderewskim.

 

Maharadża postanowił udzielić schronienia polskim sierotom i w pobliżu swojej letniej rezydencji w Balachadi (stan Gujarat) wybudował Polish Children Camp. Kiedy po długiej podróży w ciężarówkach, przez Iran i Pakistan, polskie dzieci (głodne i wyczerpane) stanęły na ziemi indyjskiej, przywitał je widok sześćdziesięciu nowych domków krytych czerwoną dachówką i masztu, na którym powiewała biało-czerwona flaga.

Jak sam powiedział: „Głęboko wzruszony, przejęty cierpieniami polskiego narodu, a szczególnie losem tych, których dzieciństwo i młodość upływa w tragicznych warunkach najokropniejszej z wojen, pragnąłem w jakiś sposób przyczynić się do polepszenia ich losu. Zaofiarowałem im więc gościnę na ziemiach położonych z dala od zawieruchy wojennej. Może tam, w pięknych górach położonych nad brzegami morza, dzieci te będą mogły powrócić do zdrowia, może tam uda im się zapomnieć o wszystkim, co przeszły, i nabrać sił do przyszłej pracy jako obywatele wolnego kraju (...). Jestem niezmiernie rad, że mam możliwość choć w części przyczynić się do ulżenia doli polskich dzieci...", mówił w 1942 roku.

Od tego dnia dzieci zwracały się do niego „Babu” czyli „Ojciec”.

 

 

Komendantem obozu, zorganizowanego na wzór harcerski, został ksiądz Franciszek Pluta. Poranna  gimnastyka, potem apel w szeregach zwróconych w stronę Polski. Dla starszych dzieci zorganizowano szkołę. W role nauczycielek wcieliło się kilka ocalałych z sowieckiej niewoli kobiet, które wraz z dziećmi przybyły do Indii. Była wśród nich także Hanka Ordonówna.

 

 

 

„Babu” maharadża

"Zawsze będę sympatyzował z przyszłością waszego kraju. Jestem pewny, że Polska będzie wolna, że wy powrócicie do waszych szczęśliwych domów, do kraju wolnego od ucisku...", mówił w czasie uroczystego poświęcenia sztandaru hufca harcerskiego w obozie.

Dzieci za dobre sprawowanie mogły odwiedzić pałac i maharadżę. Nigdy nie wracały z pustymi rękoma! Sam maharadża także bardzo często przebywał z dziećmi. Uczestniczył w ich przedstawieniach, tańcach, był przy wszystkich najważniejszych wydarzeniach z życia obozu.
Dzieci zapamiętały go jako wiecznie uśmiechniętego miłego człowieka. Ponoć często czytał anglojęzyczne wydanie „Chłopów” Reymonta. Być może tą sympatię do Polski i jej kultury wyniósł jeszcze z czasów studenckich, dzięki swoim polskim kolegom. Za przykładem Jama Saheba poszli inni maharadżowie i ogółem wojenną zawieruchę przetrwało w Indiach około 5000 polskich dzieci.

 


Koniec II Wojny światowej

Po zakończeniu II Wojny Światowej w obozie zostało ok 200 najmłodszych podopiecznych. By uchronić je przed rękami władzy ludowej i powrotem do bezdusznego sierocińca, postanowiono je adoptować. Część dzieci adoptował sam maharadża, część ksiądz Pluta a część brytyjski oficer łącznikowy Jeffrey Clark. Ksiądz Pluta był zresztą potem przez władzę ludową ścigany jako międzynarodowy porywacz dzieci.

Polski obóz został zlikwidowany w 1946 roku, a jego mieszkańcy przeniesieni do Valivade - polskiego miasteczka w Indiach. Stamtąd część dzieci odnalazła rodziców walczących w armii Andersa, część po usamodzielnieniu wybrała emigrację na zachodzie. Niewiele dzieci wybrało powrót do kraju.

Maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji rządził w Navanagar do 15 lutego 1948 roku. Po uzyskaniu przez Indie niepodległości pełnił różne funkcje publiczne. Był m.in. przedstawicielem Indii w ONZ. Zmarł w 1966 roku.

Do dzisiaj żyje około 100 "dzieci maharadży" (albo "polskich Indian" jak sami siebie żartobliwie nazywają), z czego około 20 w Polsce. Dziś mię maharadży Jama Saheba Digvijay Sinhji nosi Zespół Społecznych Szkół Ogólnokształcących "Bednarska" w Warszawie.
Taki był ten Polsko - Indyjski maharadża, któremu nazwa niejednej ulicy się za to w Polsce należy.

 

 

Źródło: 

http://nowahistoria.interia.pl/, 
Mateusz "Biszop" Biskup "Śladami zapomnianych bohaterów" Wydawnictwo Vesper, Poznań 2011


Czytaj podobne: 

NIEDŹWIEDŹ WOJTEK - POLSKI ŻOŁNIERZ