News! 14.03.2014

"HOBBIT": FILM VS. KSIĄŻKA

Wkrótce po premierze „Powrotu króla” zawrzała plotka, że reżyser zabiera się za „Hobbita”, lecz był to tylko primaaprilisowy żart. Po niemalże dziesięciu latach, pod koniec 2012 roku, do kin zawitał jednak „Hobbit: Niespodziewana Podróż”. Na krótko przed tym do mediów trafiła informacja, że będzie to pierwsza z trzech, a nie jak podawano wcześniej z dwóch części.

Fani prozy Tolkiena, od razu złapali się za głowę, jak można trochę ponad dwustu stronnicową fabułę rozciągnąć na trzy filmy. Ale Hollywood rządzi się swoimi prawami, a w modzie są trylogie.

„Niespodziewana Podróż” niewątpliwie odniosła sukces kasowy. Przez wiele tygodni utrzymywała się w czołówce amerykańskiego box-office’u, a i w Polsce, film gościł na ekranach dość długo. Jednak fani prozy, byli mocno sceptyczni. Nie chodziło o odbiór wizualnego, ani też zasadę „minimum rekwizytów realnych – maksimum green screena”. Chodziło natomiast oczywiście o ingerencję w dzieło i jego fabułę.

Podstawową sprawą, drażniącą wiernych czytelników, było wprowadzenie postaci Radagasta i rozwinięcie marginalnego wystąpienia Azoga. Czarodziej w książce pojawiał się tylko na kartach „Władcy Pierścieni”, a w filmie o hobbicie dostał drugoplanową rolę. Film potrzebował też głównego „złego”, z którym można by utożsamiać całe zło tego świata. O wprowadzeniu odrodzonego Saurona w pełnej krasie nie mogło być mowy. Reżyser wprowadził więc Azoga – wielkiego, białego orka z osobistym zatargiem z Thorinem.

Po obejrzeniu drugiej części ekranizacji, można jednak stwierdzić, że pierwsza trzymała się o wiele bardziej fabuły powieści, a nowy film powoli zaczął stawać się opowieścią „na motywach”. To co wydawałoby się, że dominuje w książce, czyli przygoda w Mrocznej Puszczy, w drugim filmie została potraktowana bardzo po macoszemu, podobnie jak wręcz epizodyczne spotkanie z Beornem.

„Pustkowie Smauga” stało się widowiskiem fantasy, przy którym można łatwo zapomnieć, że jest ekranizacją książki J.R.R. Tolkiena. Dzieje się tak głównie za sprawą wprowadzenia wątku miłosnego. W „Hobbicie” nie było, żadnej postaci kobiecej, a tu, na potrzeby filmu, została wprowadzona elfka Tauriel. Wielu co bardziej ortodoksyjnych fanów zaczęło odsądzać Jacksona od czci i wiary. Mimo tego, paradoksalnie, „Pustkowie Smauga” spotkało się z bardzo przychylnymi recenzjami.

Film potrzebował wątku miłosnego, jak ryba wody. Bez tego zwykły widz wszedłby z kina niezadowolony. Jednak na taki nie mamy, jak w przypadku „Władcy pierścieni”, ani naprowadzenia na kartach książki, ani też nie ma możliwości sterowania ludzkimi postaciami. W „Hobbicie” można było sterować na dobrą sprawę tylko krasnoludami. Wybór padł więc na Filiego, który jako młody przedstawiciel rasy nie posiada jeszcze jej archetypicznych atrybutów: gęstej brody i wielkiego, kartoflanego nosa. Do niego, jak i jego brata, żeńska część widowni może śmiało wzdychać, tak jak męska do Tauriel. Były więc wyraźne przesłanki, by dokonać takiej a nie innej kreacji bohaterów. Na podobnej zasadzie został rozbudowany wątek króla Leśnych Elfów: Thranduil, podobnie jak Loki z filmów Marvela, bardzo szybko stał się bożyszczem Internetu.

Bardzo dobrze został rozwinięty wątek Czarnoksiężnika, oraz spraw, które Gandalf zmuszony był załatwić, kiedy zostawił krasnoludy przed Mroczną Puszczą. To doskonale łączy się z wydarzeniami późniejszymi: Powrotem Saurona oraz Nazguli. Sauron w filmowym „Hobbicie” był zdecydowanie straszniejszy niż we „Władcy Pierścieni”. Tu płonące oko nie jest już tylko latarnią, która wypatruje Pierścienia. Tu w źrenicy tkwi postać ubranego w zbroję Saurona, która przeraża. Widać, że Gandalf w starciu z nim nie ma szans.

„Pustkowie Smauga” zostało przerwane w chwili, gdy wiele wątków prosi się o dopowiedzenie i rozwiązanie. Smok leci by spalić Miasto nad Jeziorem, Gandalf jest pokonany, a spragnione krwi orki są już tylko o krok od kompanii Thorina.

Łatwo więc, zwłaszcza znając literacki pierwowzór, przewidzieć co wydarzy się w kolejnej, ostatniej części, tak by wypełnić dwie godziny taśmy filmowej. Można śmiało przyjąć, że wątek walki ze Smokiem oraz następującej po niej Bitwy Pięciu Armii zdominuje fabułę.

A jeszcze rok temu, fani spekulowali, że trzecia część wypełni fabularną przestrzeń między „Hobbitem” a „Władcą Pierścieni”. Niektórzy w swoich dociekaniach, insynuowali nawet, że Peter Jackson sięgnie do „Silmalirionu” oraz powiązanych z nim „Niedokończonych opowieści”. Wiele jednak wskazuje na to, że fabuła kolejnej części nie będzie na tych książkach bazować. Może okazać się to jednak dobrym rozwiązaniem, gdyż wspomniane pozycje są zbyt skomplikowane nie tylko aby włączyć je w akcję „Hobbita”, ale w ogóle sfilmować.

 

Okazuje się więc, że „Hobbit” obronił się czymś czego nie spodziewaliśmy się my, fani Śródziemia. Odszedł od oryginału. Rozbudował tło i świat, który w książce został tylko zarysowany lub w ogóle nie został przedstawiony. Właśnie to, co było zaskoczeniem dla wielu, okazało się sukcesem filmu. Można śmiało stwierdzić, że pierwsza część zebrała gorsze opinie, mimo że bardziej trzymała się książki, a „Pustkowie Smauga” dokładnie odwrotnie: wątki odeszły od oryginału, co jednak spodobało się odbiorcy. Oby więc i tak było z trzecią częścią, która zgrabnie zepnie wszystkie części serii.

Po więcej interesujących recenzji zapraszamy na bestiariusz.pl!
 

Przemysław 'Jok' Grzesiak